5 lat małżeństwa

2002 r. 5 lat małżeństwa, 4-letnia córeczka, końcówka budowy domu i decyzja, że może czas na kolejne dziecko. Dojrzewałam do zajścia w ciążę, ponieważ ten okres nie był dla mnie przyjemny fizycznie. Rok trwały „starania” i nie było to łatwe, badania ok, sprawność ok, ale problem z zajściem trochę trwał.

Pod koniec 2003 r. dowiedziałam się, że się udało. Wszyscy szczęśliwi - ja bardzo daleko od szczęścia, mdłości, wymioty, nastrój jak pod psem, ale trzeba przetrwać. Wyniki świetne, USG super, brak wiedzy na temat płci, ale to zwykle drugorzędna sprawa. 36 tydzień, dziecko w dziwnym położeniu, kolejna wizyta u ginekologa i przeczucie, że coś jest nie tak... wizyta u kolejnego lekarza i okazuje się, że dziecko ma sporą wadę.

Jedna z „najlepszych” klinik w Polsce, super świta lekarska i moja trauma... Izba przyjęć kojarzyła mi się ze szpitalem psychiatrycznym, jakaś kobieta w okienku, zanurzona i zaspana wysłała mnie do jakiegoś pomieszczenia i kazała się rozebrać. Przyszedł lekarz, też lekko poirytowany moją nocną wizytą, sprawdził papiery, opisy itp., później sprawdził czy już rodzę i znalazłam się na patologii ciąży. Pamiętam tylko szare korytarze, szare pokoje, nie widziałam szczęśliwych ludzi, stałam w kolejkach po jedzenie (dziwne uczucie, kobiety z ogromnymi brzuchami czekające w kolejce na korytarzu na obiad przywieziony w metalowych pojemnikach, łychą nakładane jedzenie, skojarzenie dość pokrewne do więźniarek). Nie byłam w stanie rozmawiać z ludźmi, z personelem czy z współlokatorami, zniknął kolor, gazety to sterta bzdur, zupełnie nieistotnych. Mąż gdzieś był, ale dla mnie nie było to istotne. Jakieś konsylia, tłumy lekarzy przed którymi leżałam rozebrana, podpisywałam jakieś papiery, ale czułam, że dzieje się to obok mnie. Jedyną rzeczą jaką byłam w stanie się zająć i nie myśleć o moim „płodzie”, jak to określali lekarze, było czytanie książki B. Suchowiaka „Nekengamme” o obozie koncentracyjnym, o zagładzie i śmierci. Nic innego nie było w stanie zatrzymać moich myśli i kompletnie na niczym innymi się nie skupiałam.

Poród. Po porodzie totalny brak informacji. Nawet nie wiedziałam, co urodziłam. Moja wyobraźnia podpowiadała mi potwora z ogromna głową i wybałuszonymi oczyma. Na nieszczęście, czy może szczęście, położyli mnie w sali z innymi szczęśliwymi mamami po cesarce. One miały swoje dzieci przy sobie, przychodziły do nich rodziny, przynosiły prezenty, podziwiały dzieci, a ja patrzyłam w sufit i ryczałam. Mój mąż był ze mną, rozmawiał, opowiadał i przytulał, ale ja go nie słyszałam, byłam poza zasięgiem. Kiedy pierwszy raz jechałam na wózku inwalidzkim przez kilometry podziemnych korytarzy, aby zobaczyć małą, widziałam tylko zielona lamperię.

Zobaczyłam moją córeczkę, śliczną, ale bardzo chorą. Pielęgniarka przyniosła wodę do chrztu i zapytała o imię, a ja się zastanawiałam, o co jej chodzi? Dopiero po powrocie do sali poporodowej dotarło do mnie, że to kwestia życia i śmierci. Mała przeszła dwie operacje i jakoś przeżyła. Moje pięć tygodni w szpitalu polegało na spaniu, tzn. niespaniu, ściąganiu mleka, gonitwach za lekarzami, dogadywaniu się z pielęgniarkami, żeby nauczyły mnie obsługi własnego dziecka.

Świat był szary, chociaż był środek lata. Ludzie nie powinni się śmiać, bo po co? Kolorowe reklamy na bilbordach były okropne. Chodziłam swoimi drogami, spanie w niezbyt estetycznym hotelu, bieganie z mlekiem na neonatologię, bieganie do supermarketu, okropny, wstrętny sklep z masą szczęśliwych ludzi, biegających i uśmiechniętych dzieci. Chciałam się zapaść pod ziemię, nie wiedziałam jak wrócić do mojej miejscowości, gdzie wszyscy mnie znali, rodzice, którzy mnie pocieszali, a ja im mówiłam, że nie mają pojęcia, o czym mówią. Mąż, który potrząsał mną, żebym na niego patrzyła, a nie w pustą przestrzeń. Chyba był przestraszony... Pamiętam, kiedy poszliśmy razem kupować pampersy i się zgubiłam. Szłam i kompletnie nie interesowało mnie, czy on gdzieś jest czy go nie ma. Gdy mnie odnalazł, był bardzo zdenerwowany, a ja usiadłam na ławce, stwierdziłam, że jest koszmarnie i żeby mnie zostawił w spokoju.

Wróciłam do domu, spotykałam znajomych, którzy omijali mnie z daleka, nikt nie pytał o małą, nikt nie zaglądał do wózka. Matnia trwała. Starsza córka mnie nie poznawała, bała się siostry, ale wszystko pomału się zaczęło zmieniać. Byłam na tym rozdrożu prawie rok. Nie było lęków, nie miałam ochoty zostawić tego wszystkiego i uciec, ale było bardzo trudno. Obyło się bez leków, terapeutów i leczenia, ale byli przyjaciele i mój cudowny mąż, bez którego nie byłabym w stanie przetrwać. Dziś jestem chyba na prostej, ale zobaczymy, co przyniesie czas. Sami nie jesteśmy w stanie wychodzić z takich sytuacji, ale z pomocą zapewne wielu się udaje...

 

======================================================

Na inne Wasze opowieści czekamy pod adresem mailowym: afektywni@gazeta.pl

Polityka prywatności|Regulamin