Łatwo popaść w pułapkę własnych ambicji…

...ja w nią kiedyś wpadłam. Była nią depresja.

Moje studia polegały na wielogodzinnym trenowaniu. Poza tym, oprócz ćwiczenia, ważne było posiadać silna psychikę. Wychodzenie na scenę wiąże się z dużą dawką adrenaliny i odpowiedzialności… Ja tej siły cały czas w sobie szukałam.

Od razu po studiach wyjechałam w dalekie kraje, podróżowanie to moja pasja... Pod koniec pobytu na innym kontynencie wiedziałam już, że po powrocie chcę zamieszkać w Warszawie. Nie widziałam się w mieście, z którego pochodzę. Praca z nauczycielami, którzy mnie wychowywali, wydawała mi się krępującą sprawą. Chciałam przygody i niewiadomej. Dla osoby niezależnej, dla której bliscy to bardziej dalecy ludzie, taki plan mógłby się okazać dobry. Ja do tych niezależnych nie należę... Potrzebuję bliskich, rodziny, przyjaciół... Wtedy chciałam być inna niż jestem, często chciałam być inna niż jestem...
Wir tego, co nieznane i dziwna ambicja by udowodnić sobie, że jestem w stanie wszystko pokonać, zrealizować każdy plan i dobrze się czuć, pchnęły mnie po rocznej emigracji, do obcego miejsca. Zamieszkałam w Warszawie sama. Szukałam pracy i próbowałam sobie układać życie.
Jednak nie wyglądało to tak, jak można by sobie to wyobrazić – jestem osoba nieśmiałą i wstydliwą, wiec moje układanie życia polegało na tym, że po prostu żyłam z dnia na dzień, w niepewności o pracę, utrzymanie, dalsze życie, w niepewności o sens...
Wracając z moich afrykańskich wojaży, głodna byłam ludzi, których znam, z którymi mogłam się podzielić wrażeniami, doświadczeniami, z którymi łączy mnie dużo. Pobyłam z nimi chwilę i wybyłam na lata... lata samotności... Jak się nie zna siebie samej, nie warto na siebie samą liczyć. Ambicja poczeka.
Drastyczna zmiana z dnia na dzień nie nastąpiła... Ciągle wydawało mi się, że tak musi być... Ciężko jest każdemu na początku...
Moja depresja zaczęła pojawiać się małymi kroczkami... Zaczęła od smutku. Budziłam się smutna i kładłam się smutna. Zwalałam to na zmęczenie. Potem doszedł strach przed światem zewnętrznym...
Doszło do tego, że nie byłam w stanie wykonać telefonu do mniej znanej mi osoby, żeby nie zżerał mnie strach i panika... Zresztą do najbliższych też nie dzwoniłam, bo nie wiedzieć czemu, bałam się.
Jakiekolwiek poruszanie się po mieście doprowadzało do ataków lęku, omdleń i duszności... Zresztą bywało rożnie, czasem totalna, codzienna rezygnacja powodowała, że nie byłam w stanie zobaczyć świata dookoła, chodziłam po nim jak cień.
Zaczęłam chorować. Grypy, których intensywność kazała mi leżeć miesiącami w łóżku, ciągły ból gardła i infekcje, lekarze przerażeni moim brakiem odporności...
Do tego, szukając i wychodząc do ludzi, wpadłam w związek z toksyczną osobą. Mój stan był idealny dla osoby, która lubiła poniżać, dyrygować, podejrzewać o zdrady, po prostu psychicznie maltretować.
Było bardzo źle...

Minęło sporo czasu od tych wydarzeń. Dużo się zmieniło. Zerwałam z facetem, o którym wspomniałam. Otworzyłam się na ludzi - często odwiedzam rodzinę, przyjaciół... Nie zmieniło się to z dnia na dzień, tylko małymi krokami.
Potrzebna tu była też odrobina moich chęci i mnóstwo pomocy najbliższych. Często nawet nie wiedzieli, że pomagają...
Skrytość charakteru nie pozwalała mi się otwierać, za to zdecydowanie, że chcę coś zmienić w swoim życiu, dało mi siły. by wyjść do tych, którym ufam.
To, w jakim stanie żyłam przez długi czas, ma swoje konsekwencje dzisiaj. Dużo czasu minęło, zanim uwierzyłam w radość, że ma sens... Tak na dobrą sprawę we wszystko musiałam na nowo uwierzyć i zdać sobie sprawę, że samej nie warto wszystkiego robić i planować... Niczego nie musze udowadniać nikomu.
Jak się nie zna samej siebie, nie warto tylko na siebie liczyć.

Polityka prywatności|Regulamin