Vincent Van Gogh

Nawet osoby nie interesujące się malarstwem słyszały o „Słonecznikach” oraz innych obrazach holenderskiego malarza, które na aukcjach osiągają astronomiczne ceny. Niewielu jednak wie, jak często artysta miewał ataki depresji i załamania, z których ostatnie przyczyniło się do jego śmierci.

Dzieciństwo miał trudne, bowiem nawet imię otrzymał na cześć brata, który rok wcześniej zmarł podczas narodzin. Brzemię doskwierało mu tym bardziej, że matka przez długi czas opłakiwała pierworodnego, mniejszą uwagę poświęcając jemu samemu. Młody Vincent dorastał więc w poczuciu winy, że swoje życie zawdzięcza śmierci innego brata.

W wieku 20 lat malarz pracujący wtedy w Londynie zakochał się nieszczęśliwie w córce swoich gospodarzy Eugenie Loyer. Ta, już zaręczona, odrzuciła zaloty, co spowodowało pierwszy atak depresji i kilkuletnie załamanie nerwowe, w wyniku czego trzy lata później stracił ona pracę w galerii.

Był niespokojnym duchem. Po wyrzuceniu z pracy próbował zostać nawet kaznodzieją, a później cały majątek rozdał ubogim, wyjechał do Paryża i postanowił zostać artystą. Borykał się jednak z wielkimi problemami finansowymi, więc wrócił do rodziców. Tam zakochał się w owdowiałej kuzynce Kee Vos, ale ta też odrzucała zaloty. W międzyczasie zerwał kontakty z ojcem i przeniósł się do Hagi.

Rok później znów był zakochany, tym razem w prostytutce Sien Hoornik, która stała się jego modelką i towarzyszką życia. Styl życia nie był jednak akceptowany przez jego rodzinę, co pogłębiało depresję. Kiedy rozstał się z Sien, zamieszkał na północy Holandii. Żyjąc w spartańskich warunkach oraz spędzając wiele czasu na spacerach po okolicy wracał do równowagi. Bieda zmusiła go do ponownego powrotu do rodziców.

Po śmierci ojca w 1885 r. próbował studiować w Antwerpii, ale szybko zrezygnował, bo jego zbyt indywidualny styl nie budził entuzjazmu wykładowców. Zamieszkał więc ponownie w Paryżu, gdzie zaczął interesować się impresjonizmem oraz grafiką japońską. Wtedy też powstały jego „Słoneczniki”. Ten i inne obrazy sprzedawały się jednak za życia artysty bardzo słabo.

- Nic nie poradzę, że moje obrazy się źle sprzedają. Ale nadejdzie czas, gdy ludzie zrozumieją, że są warte znacznie więcej niż cena farby, której użyłem do ich namalowania – oceniał malarz.

Trzy lata później mieszkał już w Arles w Prowansji. Chcąc uczynić z miasta centrum artystyczne, zamieszkał z  Paulem Gauguinem. To był okres największego rozkwitu twórczości Van Gogha, ale też pogłębiającej się choroby psychicznej. W trakcie jedne z licznych kłótni obciął sobie ucho i wręczył miejscowej prostytutce. Gaby prosiła go bowiem kiedyś, żeby ofiarował jej prezent na gwiazdkę i dodała żartem, że jeśli nie da jej prezentu, niechaj ofiaruje jej własne ucho tak jak na arenie toreador otrzymuje w hołdzie ucho byka.

Ataki halucynacji i załamania nerwowe nawiedzały go coraz częściej. Po roku od zamieszkania w Arles, mieszkańcy wypędzili go z miasta. Malarz zaczął leczyć się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie stwierdzono u niego epilepsję.

Znów się odbudowawszy, zamieszkał ponownie w Paryżu, gdzie opiekował się nim lekarz, a on sam pracował jak szalony tworząc około 70 dzieł. W 1890 r. przyszło jednak kolejne załamanie, w trakcie którego próbował popełnić samobójstwo, strzelając sobie w brzuch pożyczonym rewolwerem. Zmarł dwa dni później. W ostatnim znanym liście do brata napisał „mogą za nas mówić tylko nasze obrazy”.

Polityka prywatności|Regulamin